niedziela, 21 października 2012

Tańczący Biskup


Czy wyobrażasz sobie roztańczony Kościół? Jeśli nie to zamknij oczy. Zapraszam Cię
na wyprawę.

Procesja na wejście. Na początku dziewczynki sypiące kwiatki, następnie kolejne w białych sukienkach i diademach na głowach przedstawiają swój układ taneczny. Na koniec,
przed asystą liturgiczną widzimy jeszcze tańczące kobiety i mężczyzn grających na bębnach. 
Chór uświetnia uroczystość i śpiewem i tańcem.
Ludzie w kościele nie siedzą sztywno w ławkach, ale poruszają się w rytm muzyki.
Nawet czarnoskóry Biskup Clement Mulenga włącza się w to taneczne uwielbienie.
Tu nie ma miejsca na sztywniactwo. Włączam się więc i ja w ten rodzaj modlitwy
i już za chwilę stoję między chórem, wprowadzona przez jednego z mężczyzn.

Msza 4,5 godziny i nikt nie narzeka, że za długo. Dziś w parafii mamy Bierzmowanie.
160 młodych ludzi w czerwonych bluzkach (kolor Ducha Świętego) podchodzi do ołtarza,
by przyjąć sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Najmłodsi mają ok. 12 lat, najstarsi to matki, które podchodzą z dzieckiem na plecach, zawiniętym w chitengę.
Tu nie ma podziału na wiek. Sakrament Bierzmowania przyjmuje ten, kto jest na to gotowy. Najpierw modlitwa z nałożeniem rąk. Potem już część właściwa: namaszczenie krzyżmem.

Przychodzi czas na procesję z darami. Przez chwilę czuję się trochę jak na targu, trochę jak na farmie. Ludzie niosą: mąkę, olej, skrzynki coca – coli ale również 4 kozy, kilka kur
i koguta. Kozy beczą przerażone, kury gdaczą, a ludzie śpiewają przy wtórze etnicznych okrzyków. Wszystko to nadaje lokalny, tutejszy klimat.

Po skończonej Mszy czas na obiad. Nie jest to oficjalny posiłek, na który idą tylko księża.
Na obiedzie z Biskupem są również przedstawiciele Wspólnoty parafialnej.
W tle gra muzyka a siostry zakonne tańczą krojąc ciasto z napisem „witamy Biskupa”.
Podoba mi się ten afrykański sposób świętowania.

piątek, 12 października 2012

Misjonarz z prawdziwego zdarzenia


2 tysiące lat temu Paweł z Tarsu przemierzał Jeruzalem, Grecję i Rzym, zdobywając ludzi dla Chrystusa. Biegł w dobrych zawodach o wiarę. Nie mogły go powstrzymać żadne przeciwności: głód, zimno, zmęczenie a nawet więzienie czy zagrożenie życia. Był gotów na wszystko.

Dziś kimś takim są misjonarze. Przemierzają Afrykę, Amerykę, Azję i Europę, zdobywając ludzi dla Chrystusa.

Dziś mam okazję takiego człowieka spotkać.
Ksiądz Prałat Marceli Prawica to misjonarz z prawdziwego zdarzenia.
50 lat kapłaństwa, z tego 40 w Afryce.

Kiedy siedzi z nami przy śniadaniu ręce mu się trzęsą, a jego 74 letnie serce dostaje w kość przy każdej przeprawie samochodem przez góry.
Równie dobrze mógłby teraz siedzieć w fotelu z gazetą w ręku i kubkiem gorącej herbaty, oglądając wiadomości ze świata.
Ale nie: on biegnie wytrwale w zawodach o wiarę. Gotów na wszystko.

Kim jest wobec tego wolontariusz misyjny?
Kimś kto pomaga misjonarzom zdobywać ludzi dla Chrystusa.
On również bierze udział w tych zawodach. Nie zawsze tak dobrze mu to idzie.
Upada, ale zaraz potem wstaje, otrzepując się z kurzu oraz  pyłu i biegnie dalej.
Czerpie ze Źródła Wody Żywej, by nie zatrzymać się w drodze.

Zaczyna swój codzienny trening. Wychodzi na boisko i rozgrzewa się.
Czasem musi włożyć wiele wysiłku, żeby osiągnąć zwycięstwo.
To już dziesiąte okrążenie. Wydaje się, że nie ma żadnej poprawy. Ale trzeba ćwiczyć dalej. „Trening czyni mistrza”.
Dlatego każdego dnia, wstając rano, zaczyna od nowa

Czym jest wyjazd na misje?
To dar dany za darmo. Prezent taki, jak ten pod choinką w Boże Narodzenie.
To zadanie. Czasem tak trudne jak praca domowa z matematyki. Czasem trochę prostsze, niczym poemat, do którego natchnienie samo przychodzi.
To powołanie. Świadomość, że Bóg wybiera tego, kogo chce a nie tego, kto zasłużył.
W końcu to szczęście, że można swoim „TAK” odpowiedzieć na Jego bezgraniczną Miłość. 

środa, 3 października 2012

Podzielić to "tak niewiele"


Do czego służy woreczek foliowy? Każde dziecko Ci to powie, że jest to reklamówka na zakupy. W Zambii nawet chłopcy podchodzą i pytają, czy nie chcesz takiej foliówki kupić.
Jednak równie dobrze taki woreczek służy jako kosz na śmieci, a dokładnie worek do tego kosza. Dzisiaj poznałam jeszcze jedną możliwość zastosowania: otóż woreczek foliowy doskonale sprawdza się jako gąbka do zmywania.

W Makululu wielu rzeczy brakuje, a te które zdobyto, są na wagę złota.
Siedzę i temperuję ołówki. Poprzednie już się zużyły. Uczniowie chętnie zamieniają małe kawałki drewienka na nowe, długie, dopiero co naostrzone.
Chwilę później jest przerwa na przygotowanie posiłku. Dziś w menu mamy poridge – czyli coś ala kasza manna. Jeden talerz na 2 osoby. Wszystko dokładnie wyliczone. Jeden chłopiec dostaje porcję bezpośrednio z garnka. Dołącza do niego dwóch kolegów. Wydrapują aż do dna. Mnie również częstują tym specjałem. Mimo, że jedzenia jest niewiele – nie wypada odmówić. Dzielę się swoją porcją tak, by starczyło dla wszystkich. Ja mam jedzenie na misji – dla wielu z nich być może jest to jedyny posiłek.

Dzieci wychodzą szczęśliwe, że choć trochę napełniły swoje brzuszki. Brzuszki, które są nadęte przez brak odpowiedniej ilości pokarmu i niehigieniczne warunki życia. Dziś ich buzie się cieszą.
Zaraz potem zamieniam się w zmywarkę, bo właśnie w takim tempie trzeba umyć plastikowe talerze i łyżki.
Wracając widzę dziewczynkę w jednym bucie. Myślę: pewnie drugi zgubiła. I tu się mylę: drugi ma na nodze jej towarzyszka.

Dzieci w Afryce, mimo niedostatku, potrafią się dzielić. Nawet jedzeniem, którego jest ta niewiele. Trzylatek kładzie na rączce kolegi garstkę ryżu, który dostał jako posiłek do przedszkola. Dziewczynka z warkoczykami na głowie nalewa picie ze swojego bidonu do butelki koleżanki.
Im mniej mamy, tym bardziej potrafimy się dzielić.



Wyprawa do miasta


Straszny tłok. Całe multum ludzi. Płyną wraz z tłumem, niczym ryby z prądem. Są jednak tacy, którzy się zatrzymują. Jedni siedzą na torach, inni śpią w przydrożnym rowie. Handel kwitnie. Mijamy stragany – jeśli można tak nazwać rozłożone na ziemi stoiska z różnej maści towarami. Pomidory, cebula, ziemniaki, sałata, banany i jabłka, które tutaj są w cenie. Uderza mnie słony zapach ryb. Pomiędzy tymi stoiskami można znaleźć coś do obrania. To najlepsze miejsce na odzież z drugiej ręki. Choć znalezienie butów do pary może stanowić spory problem, chyba że sprzedawca ma kilka sztuk tego samego towaru. To wszystko przeplatają artykuły Made in China: od noży, latarek, zabawek, bransoletek po kosmetyki.
Sprzedawcy siedzą na ziemi i odpoczywają w oczekiwaniu na klientów, inni uśmiechają się i zagadują, zachęcając do kupna. Mężczyzna sprzedający ryby odgania muchy, które też chętnie skosztowałyby tego smakołyku.

Dochodzimy do Shopritu. Tu wraca cywizacja. Jednak nie patrząc na cenę, szybko można zostać bez przysłowiowego grosza przy duszy – w tym wypadku kwacha.
Typowy supermarket. Niełatwo znaleźć to, czego akurat się potrzebuje, ale obsługa chętnie pomoże. Robimy zakupy i zaopatrujemy się Thobwę. Kupujemy też zambijskie chipsy, wielkości paczki orzeszków. Jedne o smaku sera, drugie owoców. Jesteśmy ciekawi tutejszych smaków. Przy wyjściu ochroniarz sprawdza paragony. To zabezpieczenie przed kradzieżą. Oszczędza się na monitoringu.

Wracamy inną drogą, zwiedzając kolejne stragany. Tutaj już towary leżą na stolikach i mają zadaszenie. Targuję się kupując chitengę. Sprzedawczyni to twarda sztuka. Wyszukuję coraz to nowe argumenty i w końcu udaje się. Kobieta chodzi z ceny, a ja staję się szczęśliwą posiadaczką materiału, który w Zambii ma każda kobieta. Używa się go jako spódnicę, obrus lub zasłony. Można też z niego uszyć koszulę, sukienkę bądź spodnie. Zmęczeni, ale pełni wrażeń wracamy na placówkę. Po drodze kupuję jeszcze mango na spróbowanie.
Kiedy myślę o tym, co zobaczyłam, stwierdzam: takie rzeczy tylko w Afryce.

poniedziałek, 1 października 2012

Szkoła artystyczna i sportowa

30.09.2012


Czy każde dziecko lubi rysować? W Polsce niekoniecznie. Kiedy zadawałam dzieciom rysunki, często rysowały byle jak, byle było. Tutaj w Zambii zmienia się perspektywa.
Blok i kredki to luksus dla nielicznych. Lucy rysuje patykiem po ziemi. Zapala mi się lampka, jak u pomysłowego Dobromira i biegnę po przybory do rysowania. Dzieci są zachwycone. Betirce, Agnes i Lucy stawiają kreski, tworząc z nich arcydzieło. Oczy im się świecą.
Za chwilę przychodzą bracia dziewczynek. „Chcecie rysować?” Kiwają głowami twierdząco. Kolejne kartki idą w ruch. Dołączają się nawet nastolatki. Mały kawałek odlanego betonu, służący za studzienkę jest stołem do rysowania. Witamy w szkole artystycznej.
W nagrodę dzieci dostają po naklejce ze zwierzątkami.  Takie naklejki w Polsce kupuje się po 1,50. Tyle kosztuje ok. 30 naklejek. W Zambii taka naklejka jest na wagę złota. To coś wyjątkowego.
Przekonuję się o tym następnego dnia, kiedy widzę dziewczynki w kościele
z naklejkami przyklejonymi na czołach. I dziś przychodzą do oratorium.

Szkoła artystyczna się rozkręca. Przychodzi Taonga i Kasandy. Rysowanie pochłania ich całkowicie.
Do czasu, kiedy chłopcy chcą grać w piłkę. Idę po nią i przy okazji przynoszę gumę
do skakania. Dziewczyny mimo trudności, nie poddają się. Potem idę po kolejną piłkę,
dla dziewczynek. Gramy w kolanko. Lucy wisi na drzewie jak małpka. Drzewa w Zambii są niesamowicie giętkie. Mimo tego, że cała przyroda nie widziała deszczu od kilku miesięcy, gałęzie się nie łamią, lecz wręcz przeciwnie.

Taonga i Agi podają sobie piłkę. Liczą: „nighte eight, nighte nine, eighte, eighte one… eighte nine, forty”. Ja w tym czasie gram z Bity w nogę.


Po skończonych zajęciach idę do pokoju.
Okazuje się, że mam współlokatorkę. Jest nią mała jaszczurka. Towarzystwa mi więc
nie brakuje.

Wąż na szkolnym podwórku


28.09.2012

Jadę rowerem do Makululu. Wokół mnie unoszą się tumany kurzu. Mimo, że jest ranek, to słońce już praży. Co jakiś czas, ktoś krzyczy: how are you? Mijam poszczególne domy
i okoliczne sklepy. Skręcam w lewo. Mijam szkołę Don Bosco i studnię, do której przychodzą kobiety, by nabrać wody do dzbanków, misek i kanek. Owo naczynie wkładają później na głowę i tak niosą do domu. Przez ulicę chłopcy toczą oponę. Tutaj dzieci same sobie robią zabawki.

Dojeżdżam na miejsce. Witam się z nauczycielkami i idę na podwórko. Dzisiaj jest Sport’s Day, więc nie ma lekcji. Przychodzą dzieci ze szkoły obok. Na murze wisi napis: „Witamy uczniów ze szkoły Don Bosco”. Pierwszą konkurencją jest piłka nożna. Wfista odlicza chłopców i zaczyna się gra. W międzyczasie nauczyciele wieszają siatkę. Jednak nie da się powiesić jej tak nisko, by dzieci dosięgły i w końcu siatkę zastępuje sznurek. Gra na boisku toczy się zacięcie. Siedzę między najmłodszymi, z których jedno bawi się moim zegarkiem. Nie pozwala dotknąć go innym. Dwie dziewczynki kłócą się, która ma siedzieć na krześle. Jak to dzieci.

Nagle spora grupa wstaje i zaczynają biec.
Nie wiem co się dzieje. Krzyczą: nsoka, nsoka! Jeden z chłopców chwyta za kij i uderza nim w ziemię. Podchodzę bliżej. Na ziemi leży zielony, prążkowany wąż. Już nieżywy. Nauczycielka kijem sprawdza, czy aby na pewno. Na szczęście tak. Teraz idzie wyrzucić gada.

Pierwsze spotkanie z wężem mam za sobą. Na szczęście nie oko w oko. Dzieci w Zambii są wyczulone i szybko zauważą węża. Przecież mieszkają tu od urodzenia. Dzień sportu się kończy, a ja wracam na naszą placówkę.

Gość w dom - Bóg w dom


27.09.2012

Rowerem dookoła świata? To dopiero wyprawa. Nie zważając na niebezpieczeństwo, przejechane kilometry, zmęczenie, upał czy zimno. To trzeba być hardcorem. Takich hardcorów gościmy dzisiaj na naszej placówce. Zatrzymują się u nas na chwilę turyści
z Polski. Spotkali się po drodze. Zambii nie planowali. Ale dzięki tej zmianie planów spotykamy się właśnie tu. 

Kabwe leży pomiędzy Lusaką a innymi miejscami, do których, bądź z których, podróżują ludzie. I tak nasze drzwi są ciągle otwarte. Tu każdy gość jest mile widziany.
Jednak wieczorem odwiedza nas gość specjalny: nasz wolontariusz Dawid.
Dawid przez 2 miesiące pracował w Chingolii i teraz właśnie wraca do Polski. Po drodze zajeżdża do nas. Rozmawiamy, oglądamy zdjęcia i delektujemy się kolejnym zambijskim specjałem: thobwą. Thobwa przypomina mączkę z chrupek kukurydzianych, zmieszaną
z wodą i jest pyszna. Dawid zostanie z nami do jutra a potem będzie trzeba się pożegnać.
Ale nie da się ukryć, że to niecodzienne odwiedziny.

W międzyczasie przychodzi Mr Ciulu – miejscowy katecheta i prosi, bym mu podpowiedziała metody prowadzenia zajęć. Jestem w szoku. On – sporo starszy -  prosi mnie, bym go uczyła prowadzić religię? Staram się pomóc jak potrafię. Na szczęście wzięłam książkę i podręcznik metodyczny z Polski. Otwierają mi się też odpowiednie klapki, z których wyskakują metody i środki dydaktyczne.

Na misji nigdy nie wiesz, co się przyda. Jaki twój dar czy umiejętność. A jeśli czegoś nie umiesz, to się nauczysz. Bóg stawia przed różnymi sytuacjami i to jest właśnie piękne, bo to On jest dawcą talentów, siły i możliwości.