wtorek, 20 listopada 2012

Z ministranta bierz przykład


Ministranci swoją postawą pokazują jak zachować się w czasie Eucharystii.
Niejeden z was uśmiechnie się, czytając to zdanie. Znamy realia. Często bywa tak, że każdy ministrant ma inaczej złożone ręce, obecność na tzw. służeniu pozostawia wiele do życzenia, nie mówiąc już o frekwencji w przystępowaniu do Komunii. Wszystko to się zmienia w okolicach kolędy, ponieważ jest to doskonała okazja, by zarobić trochę pieniędzy. No ewentualnie, gdy Ksiądz organizuje wyjazd na ferie w góry lub inny ciekawy wypad.

Jednakże w Zambii nikogo wyżej wymienione zdanie nie rozbawi.
Jestem pozytywnie zaskoczona, gdy to widzę.
Wchodzę do kościoła, trwa Różaniec. Służba liturgiczna ołtarza w nim uczestniczy.
Zaczyna się Msza Święta. Chłopcy wchodzą równiutko, przyklękają. Wszystko wygląda, jak od linijki. Ręce złożone jak do pacierza, przez całą Eucharystię. Po każdym zadaniu skłonienie głowy. Do Komunii przystępuje 100%.
Po czym wszyscy się modlą przed tabernakulum, klęcząc w jednym rzędzie.
Po skończonej Modlitwie wstają, skłaniają głowę i odchodzą na miejsca.
Siadają dopiero, kiedy Ksiądz skończy puryfikować naczynia liturgiczne i usiądzie.
Jeśli przyszedłbyś pierwszy raz do kościoła, nie miałbyś wątpliwości, jak należy się zachować. Przykład jak wymalowany.
Każdy chłopiec wie, że bycie ministrantem to nie lada zaszczyt.

czwartek, 15 listopada 2012

Codzienność oczami Boga


Wyobraź sobie, że jesteś w dołku. Jeszcze jakiś czas temu, tyle rzeczy cieszyło, a teraz?
Szara codzienność. Gdyby chociaż wziąć kredki czy farby i nadać jej trochę kolorów.
Tyle dobrych chęci spełzło na niczym. A poza tym, kiedy ostatnio usłyszałeś „dziękuję”?
Tyle robisz, a to i tak na nic.
Myślę, że każdy z nas czasem tak ma.
Skupia się na tym, co trudne, zamiast na Tym, który każdego dnia obdarowuje nas swoimi cudami. I nie ma znaczenia czy jesteś w Polsce czy w Afryce. A może w zupełnie innym miejscu świata.
Czasami przychodzą chmury i wszędzie są takie same: burzowe.

Nad Piotrem też wiszą chmury. Wyglądają, jakby miały zaraz spaść mu na głowę.
Jezioro wzburzone jak kipiące mleko, fale ogromne jak ściana wodospadu.
Piotr płynie, wraz z innymi uczniami, nie widząc drugiego brzegu.
Nagle patrzy: Jezus idzie. I to na dodatek po wodzie. Nie zanurza się, On kroczy
po jeziorze. Czy to aby na pewno Jezus? A może coś mi się wydaje?
-         Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie
-         Przyjdź!
Piotr zdobywa się na odwagę. Wystawia jedną nogę, potem drugą. Idzie. Ale… przecież
to niemożliwe! Te fale takie wielkie. Zaczyna tonąć…
Na jedną chwilę stracił z oczu Jezusa.
-         Panie ratuj!
-         Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?
Dlaczego patrzysz na trudności, zamiast na cuda, które Ci daję?
To, że idziesz po wodzie, już jest cudem.

Panie: to prawda. Tak często zapominam o wdzięczności.
A cudem jest uśmiech Juni,; moi mali przyjaciele, poznani po drodze, którzy na mój widok krzyczą: „Hi Anna” i przychodzą się przywitać; Beatrice, Lucy, Agi i Mandalena, które zaraz
po przekroczeniu bramy oratorium, pytają o mnie i chcą rysować; John, który na zajęciach
ze mną jest grzeczny, mimo że rozrabianie ma we krwi; ptak, który zagląda mi do okna.

Codzienność, przeżywana z Tobą, nie potrzebuje zmieniać kolorów.
To Ty jesteś najlepszym Malarzem. Ty jesteś najlepszym Artystą mojego życia.
Czasem musisz włożyć mnie pod dłuto swojej Miłości, by ociosać to, co niepotrzebne.
Innym razem wymalowujesz uśmiech na mojej twarzy.
Słońce przegania chmury. W Twoich okularach widzę wszystko wyraźniej.

środa, 14 listopada 2012

Ani jednego znicza


1 listopada ulice są przepełnione, niczym studzienki burzowe w czasie ulewy.
Sznur samochodów w ślimaczym tempie zmierza w kierunku cmentarza.
Policjanci kierują ruchem, żeby nie było problemu z zaparkowaniem pojazdów.
Każdy się spieszy, jak do supermarketu na 5 minut przed zamknięciem.
Za chwilę całe rodziny spotkają się przy grobach swoich bliskich.
Zapalą znicze. Niektórzy odmówią krótką modlitwę.
Tak jest w Polsce.

A jak wygląda 1 listopada w Zambii.
Na ulicach także jest tłok. Kobiety z koszami owoców na głowach, jak co dzień pokonują tę samą trasę. Samochody przemieszczają się jeden za drugim w znajomym kierunku. Bynajmniej nie na cmentarz. Jak każdego dnia ludzie zdążają do pracy i do szkoły, no ewentualnie na rynek, by sprzedać swoje towary. Nie ma „public holiday”.
Wszystkich Świętych jest normalnym dniem, takim jak pozostałe.

Rano idziemy na Mszę. W kościele garstka ludzi. Potem ruszamy do swoich obowiązków.

Myślami przenoszę się do Polski na cmentarz o zmroku, gdzie pełno jest żółto – czerwonych światełek. Klimat zadumy i refleksji woła zaraz tęsknotę za krajem i bliskimi. Tęsknotę, która zagląda do moich oczu, wciska się do mojego nosa i drapie w gardle, chcąc wycisnąć łzy.

Wracam do Zambii. Na cmentarz mam okazję iść dzień później. W Dzień Zaduszny mamy Mszę Świętą właśnie w tym miejscu. Przechadzam się między grobami, w oczekiwaniu na Eucharystię, która się spóźnia. Towarzyszy mi zapach ziemi, zmieszanej z wodą wczorajszego pierwszego deszczu.
Nagrobki są różne. Niektóre betonowe, inne obsypane naturą. Wiele z nich nie odwiedzanych od dawna. Zadziwia mnie jedno. Nie widzę ani jednego znicza. Nie ma tu takiego zwyczaju.

Rozpoczyna się Msza Święta. Pogoda jesienna, zapach kwiatów sypanych w Boże Ciało
i ludzie ubrani na fioletowo.
Po Ewangelii wypominki: modlitwa za zmarłych jest.
To najważniejsze. Im znicze nie są potrzebne.

niedziela, 28 października 2012

Świętość nie od zaraz


Dzwoni budzik. To już? Nie chce mi się wstawać.
Myśl o tym, że może gdzieś pomiędzy uda się dospać dodaje mi sił.
Idę do kaplicy. Oczy mi się kleją i nic do mnie nie dociera.
Witaj kolejny dniu mojej misji!

Moje wyobrażenia na ten temat ulegają głębokiej rekonstrukcji.
To nie świętość od zaraz?
Przecież tylko aureolkę mi doczepić.
Chyba by się nie trzymała, bo głowę mam zbyt kanciastą od przyziemnych myśli.

Okazuje się, że misje to dopiero droga do świętości. Czasem kręta i piaszczysta.
Czasem pokryta chwastami, które trzeba wyrwać. A to wymaga pracy.

Kolejny dzień czas zacząć. Ruszam do swoich obowiązków. Do mojej codzienności. 
Tak. Misje to codzienność. Czasem bardzo zwyczajna: bez fajerwerków i kolorowych balonów.

Misje to szkoła. Nie tylko dla dzieci, które każdego dnia witają mnie słowami:
"Good morning teacher!" To szkoła dla mnie.

Szkoła pokory – bo nie zawsze jest tak jak chcę. Czasem nawet wydaje się, że nic nie wychodzi. Zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi tylko jedna nauczycielka i trzeba ogarnąć ponad setkę dzieci.

Szkoła modlitwy – gdy dzieci modlą się tak szczerze, zakrywając rękami twarze, że brakuje mi słów.

Szkoła miłości – gdy na każdym kroku przekonuję się, że jeszcze nie dość kocham.
Zwłaszcza wtedy, gdy widzę jak kilkulatek dzieli się z drugim, mimo że sam ma niewiele.

Szkoła cierpliwości – gdy po raz kolejny za bardzo się spieszę i nie potrafię zwolnić.

Czasami mam wrażenie, że oblewam jakiś egzamin, ale zaraz zabieram się za poprawkę.
To szkoła wytrwałości.

Misje to szkoła życia i droga mojego nawrócenia.

wtorek, 23 października 2012

U Matki Teresy


Nareszcie! Doczekałam się! Już dawno chciałam jechać z Tomkiem do Sióstr Matki Teresy z Kalkuty, lecz nie mieliśmy dwóch rowerów. Teraz już mamy.

Wyruszamy więc w nasze wolne popołudnie, by spędzić czas z ludźmi z tutejszego hospicjum. Ja idę do dzieci. Jest to właściwie coś w stylu domu dziecka, bo są to dzieci opuszczone lub nie mające rodziców. Biorę kredki, kartki, plastelinę, puzzle wycięte z papieru, domino i tak obładowana przekraczam próg. Dzieci są na dworze. Pytamy czy można zorganizować im lekcję plastyki. Zaraz zbiera się grupa małych szkrabów w wieku od 2 – 6 lat i kilku trochę większych ok. 9 lat.

Jedna z dziewczynek ma niewykształconą do końca rączkę ale radzi sobie doskonale.
Nie tylko przytrzymuje kartkę czy kredkę ale nawet potrafi klaskać.

Na samym końcu siedzi chłopczyk z ropiejącą raną na nóżce. Na imię ma Junia. Jest bardzo dzielny. Kiedy potrzebuje gdzieś podejść, skacze na jednej nodze. Widać, że go to boli ale nie płacze. Jest tylko trochę smutny, bo nikt nie siada obok niego przy stoliku. Szybko kończy rysować zamalowując kartkę na wszystkie podane mu kolory z wyjątkiem brązowego.
Ten odcień mu się nie podoba.
Siadam obok niego. Biorę kartkę i rysuję: “this is sun, this is cloud, this is house, this is Junia, this is Justine, this is Monika”. Podpisuję rysunek „for Junia” i wręczam chłopcu. Na jego twarzy po raz pierwszy pojawia się uśmiech.
Moje serce również się raduje. Jak niewiele trzeba by czyjaś twarzyczka się rozpogodziła.

Po rysunkach czas na kolację. Dzieci tutaj jedzą same. Od małego są uczone samodzielności. Karmi się jedynie niemowlaki. Wobec tego jedzą nie tylko dzieci, ale maskotka, śliniaczek, ławki, stół i podłoga.

Chwilę potem Siostra zabiera mnie do najmłodszych dzieci. Wręcza mi Ignatiusa i butelkę dla niego. Ignatius jest tak szczęśliwy na moich rękach, że niespecjalnie myśli o jedzeniu. Wisi u butelki a mleka nie ubywa. Siostra stwierdza, że mały mnie kocha. Niestety nie mogę dokończyć karmienia, bo musimy się zbierać. Jeśli wyjedziemy później zastanie nas zachód słońca. Jednak wiem już, że chcę tam przyjeżdżać.

Matka Teresa, której obraz wisi na ścianie, to niesamowita kobieta!
Jak również jej siostry, które wychodzą do tych najmniejszych.
Teraz bardziej rozumiem słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych (…) najmniejszych: Mnieście uczynili”.

Kościół w buszu i komórka wcale nie murowana


Piasek w zębach, wiatr w uszach, radość w oczach. Tak zaczyna się nasza pierwsza wyprawa do buszu. Siedzimy na pace samochodu Księdza Andrzeja i czujemy się niczym na Safari. Obserwujemy afrykańską przyrodę. Między innymi drzewa, które żeby przetrwać porę suchą muszą mieć korzenie zapuszczone tak głęboko, żeby sięgały podziemnej wody. Widzimy wspaniałe wzgórza i jeziora. Są domy pokryte strzechą a przed nimi ich mieszkańcy - bardzo zaciekawieni naszym widokiem.



Krajobraz jak z pocztówki. Jeszcze jakiś czas temu w życiu bym nie pomyślała, że będę kiedyś w Afryce. Niesamowite! Oglądać to wszystko, nie siedząc przed telewizorem i kanałem Discovery, lecz będąc współuczestnikiem. Jedziemy podskakując z dziury w dziurę – typowa piaszczysta droga - i nie możemy wyjść z podziwu.

Zatrzymujemy się. Kościół w buszu: ściany z drewnianych bali, dach ze słomy, ławki z gałęzi. Ambona i ołtarz to również prowizorka. Przed wejściem stoją 3 duże bębny. Jednak to jeszcze nie cel naszej wyprawy.

Jedziemy do drugiego Kościoła: wykonanego solidnie z cegieł. Jedynie dach nadal jest ze słomy, bo ławki są z murka, ołtarz i ambona również wykonane lepiej.
Na ołtarzu stoi już świeca przygotowana do Eucharystii i kwiaty w słoikach po dżemie. Naklejki producenta ozdabiają nietypowe wazony.

Mr Ciulu zabiera się zaraz za robotę i prowadzi katechezę. Dzisiaj kilka osób przystąpi do Chrztu i jedna para przyjmie Sakrament Małżeństwa. Najpierw czas na Spowiedź. Wobec tego czekamy rozglądając się uważnie.

Zespół muzyczny przygotowuje się do gry. Takich gitar jeszcze nie widziałam. Największe wrażenie robi na mnie gitarobęben – bo tak to wygląda i instrument w stylu tamburyna zawieszonego na kiju.

Rozpoczyna się Eucharystia. To wyjątkowe wydarzenie, ponieważ tutaj Msza Św. jest raz na kilka miesięcy. Widać, że tutejsi ludzie włożyli na siebie najlepsze ubrania.

Przychodzi moment Chrztu. Kilka osób w wieku od ok. 9 lat do ok. 30 (bo tyle ma najstarszy) przyjmuje Sakrament z ogromnym przejęciem. Potem przystępują do swojej Pierwszej Komunii Świętej. Wśród nich jest jedna dziewczynka. Gdy przystępuje do Sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej mama owija jej głowę chitengą na znak szacunku.
Sakrament małżeństwa zawiera pan, który gra na nietypowym tamburynie.

W którymś momencie Mszy patrzę i oczom nie wierzę. Jesteśmy w buszu. 50 kilometrów od miasta. A jedna pani patrzy na swoją torebkę. Trzyma coś w ręce. Spoglądam z zaciekawieniem. A ona ma w ręce komórkę. Wracam na ziemię. Tak więc w buszu można spotkać komórkę i to wcale nie murowaną. Cywilizacja dotarła aż tutaj. Szkoda, że w takiej formie.


Wehikuł czasu


Wsiadam do wehikułu czasu. Około 10 obrotów kapsułą i jestem na miejscu.
Rozglądam się i pierwsze co mi się rzuca w oczy, że wszystko jest inne.

Spora część domów nie ma kanalizacji. Ludzie wodę przynoszą ze studni: na głowach lub
w beczkach. Mijam dwie dziewczynki, które toczą ciężką beczkę. Jedna z nich ociera pot z czoła. Daje znak drugiej: zamieńmy się miejscami.

Toaleta to dodatkowy budynek z sedesem w stylu „dziura w ziemi”. O spłuczce zapomnij!
Spłuczka jest tylko w toaletach w stylu „ekskluzywna dziura w ziemi”.

Wiele dróg nie wie, co to asfalt, więc za każdym pojazdem unoszą się tumany kurzu.
Po drogach spacerują sobie także zwierzęta, więc wyrażenie „święte krowy” można traktować dosłownie.

Kultura sprawia, że czasami czuję się jak w Małej Księżniczce czy w Domku na Prerii. Kobiety i dzieci w stosunku do starszych dygają przy powitaniu.
A także zwracają się per Madam, Sir. Osiemnasto czy Dziewiętnastowieczna brytyjska grzeczność. Podoba mi się to.

Niestety jest druga strona tego medalu: wychowanie też jest z tamtego okresu, często za pomocą linijki czy witki wierzbowej. Z tym nie mogę się zgodzić. 
Nie tego uczył mnie Janek Bosko. Wolę jego system, w którym dzieci wychowuje się łagodnością i miłością.