środa, 12 czerwca 2013

Z zamkniętymi oczami


Czasem się mówi: „Znam tę drogę na pamięć. Trafię tam z zamkniętymi oczami”.
To znaczy, że nie muszę się bać, że zabłądzę.
Nie muszę mieć przy sobie mapy, by tam dotrzeć.
Nie muszę co chwilę zerkać na kompas, lub ustawienia busoli. Jestem pewna, że trafię.
Ale gdyby tak zawiązać komuś oczy i powiedzieć: „idź, ja cię poprowadzę”, już nie byłoby tak łatwo. Zaufać, że ten, kto prowadzi, nie zepchnie mnie na manowce.
Uwierzyć, że się nie przewrócę i nie poobijam, jeśli tylko będę słuchać jego słów.

A co, jeśli kimś takim jest Bóg? Bóg, który zna mnie doskonale.
Bóg, który chce, bym była szczęśliwa. Fakt: zasłonięte oczy to sytuacja nie komfortowa.
Przecież nie mogę ocenić czy daleko jeszcze do celu, czy całkiem blisko.
Powoduje to strach i niepewność. Jednak tylko wtedy, gdy nie ufam.
Pozwolić Bogu zasłonić sobie oczy – to początek wspaniałej przygody.
Bo odtąd On będzie moimi oczami. On, który zna drogę.

„On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże.
Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie” (Ps 121, 3-4)
Nie bój się, jeśli nie widzisz, bo On widzi.
Nie bój się, jeśli nie wiesz, bo On wie.
On patrzy o wiele dalej, dlatego śmiało możesz iść za Nim, nawet z zamkniętymi oczami.
Wchodzisz w to?

wtorek, 11 czerwca 2013

Zima w Afryce

Początek maja

Bluza, polar i kaptur na głowie. Wyglądam jak Eskimos. Słońce leniwie przeciąga się
zza horyzontu. Zastanawia się, czy jeszcze trochę nie pospać. Ulicą przewija się tłum ludzi, spieszących do pracy. Uczniów wśród nich nie ma. Mają wakacje.

Wakacje kojarzą mi się z tym, że jest ciepło. Z kąpielą w morzu lub jeziorze i wędrówkami po górach, wśród palącego słońca. Moja pierwsza myśl dzisiejszego dnia, to: „zimno”.
Zima w Afryce? A jednak to możliwe. Właściwie to dopiero początek. Strach pomyśleć, co będzie potem. Afryka ma swoje prawa. Jak jest gorąco, to na całego. Chwilami masz wrażenie, że roztopisz się, jak żółty ser na patelni. Za to, gdy jest zimno, to czujesz się, jak 
w lodówce.

Po Mszy Św. gorąca kawa staje się moim najlepszym przyjacielem.
Moje łóżko zaopatrzyło się w dodatkowy koc, bo zimno zaczyna się od wieczora aż do rana.
I tak trwam w oczekiwaniu, aż promienie słońca rozgrzeją chłodne powietrze.
Dzień jest jeszcze całkiem znośny, choć podobno w czerwcu zima rozkręci się na całego.

Czerwiec
 
Coraz zimniej. Wciąż wieczorem i rano. Termometr pokazuje 12 stopni. Mnie się wydaje, jakby było 2. Wychodzę spod śpiwora i koca.Ubieram kurtkę, nakładam kaptur 
i idę na Mszę do Sióstr.
W dzień pogoda się rozkręca. Słońce swoimi promieniami, rozgrzewa zmarzniętą ziemię, 
ale nie mój pokój. Tu czuję się, jak w chłodni. Zabawne: nie sądziłam, że w Afryce może mi być tak zimno. Czarny Ląd wciąż potrafi zaskakiwać. Podobno Zambia to wcale nie najzimniejszy kraj w czasie pory zimowej. W RPA bywa zimniej,  zdarza się nawet, że pada śnieg.

Kolejny dzień: tym razem wiatr wkracza do akcji, więc słońce nie nadąża ze swoją  pracą.
W Makululu jest mniej dzieci. Te obecne wciąż są nieodpowiednio ubrane. Wiele z nich 
nie ma wystarczającej ilości ciepłych ubrań. Te, które mają, zakładają kaptury na głowy. 
Plakaty na ścianach fruwają, przy każdym mocniejszym podmuchu.
Każde przywitanie kończy się stwierdzeniem: „bardzo zimno dzisiaj”.
Powoli zaczynam się przyzwyczajać. Dziś zimna już tak nie odczuwam. 
To dobrze, bo to podobno to jeszcze nie jest szczyt możliwości zambijskiej zimy.
I kto powiedział, że w Afryce jest zawsze gorąco?

niedziela, 9 czerwca 2013

Ludzie o wielkich sercach


Często wydają się mali i niepozorni. Nie szukają pierwszych miejsc. Nie rzucają się w oczy. Nie zauważa się ich w tłumie. Nieraz nie mają wielkich osiągnięć.
Współcześni ubodzy w duchu. Posiadają więcej lub mniej. Ale jedno ich łączy: potrafią się dzielić tym, co mają. Ludzie niekoniecznie wielcy wzrostem, za to o wielkich sercach.

Pod koniec grudnia zauważyłam, że materiały do pracy z dziećmi, które przywiozłam
na początku mojej misji, zaczynają się kończyć. Kartki dzieliliśmy na pół, a mimo to musiałam już je dokupować, a kredki wykorzystywaliśmy aż do malutkiego patyczka. Zastanawiałam się, co będziemy dawać dzieciom, jako nagrody w konkursach.
Co więcej patrząc na dzieci, nieraz miałam ochotę przebiec się z igłą i nitką, bo stan ich ubranek był opłakany. Nie chciałam się zgodzić na bezradność.

Pewnego dnia, odwiedzając dziewczyny w Mansie i widząc efekty ich pracy, przyszła mi myśl. "A gdyby tak zorganizować akcję? Poprosić ludzi w Polsce, by włączyli się w naszą misję i na tyle, na ile mogą, wysłali nam kredki, bloki, zeszyty, piłki i inne przydatne artykuły?"
Decyzja nie była łatwa. Trzeba było dumę schować do kieszeni. Ale uświadomiłam sobie, że przecież tak właśnie robił Ks. Bosko. Prosił ludzi o pomoc w utrzymaniu jego chłopców.

I stało się. Zorganizowałam akcję na facebooku. Zaprosiłam moich znajomych.
Szczerze trochę byłam niedowiarkiem i miałam wątpliwości czy to się uda.
"Ale spróbować warto" – pomyślałam.

Dziś wiem, że był to Boży pomysł, że to On wlał w moje serce to pragnienie.
Udało się! Akcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. 
A wszystko dzięki ludziom o wielkich sercach.
Moi znajomi rozesłali prośbę dalej, a potem już były akcje większe i mniejsze, lub całkiem prywatne w domowym zaciszu.
Dostałam tyle paczek, że nigdy bym się tego nie spodziewała. Co więcej: zaczęłam dostawać paczki od ludzi, których nie znam. Niektórych poznałam w czasie tej akcji.

Kochani! Nie wiem jak Wam dziękować! Bo moja misja nie jest już tylko moja.
Ona jest nasza wspólna. Macie w niej swój udział.
Dzięki Wam, kredek już nam nie zabraknie, dzieci mogły dostać nowe ubranka,
a gdy zobaczyły zabawki do wygrania w loterii fantowej, otworzyły buzie w jednym wielkim "wow". Oczy im się świecą, gdy mogą lepić z plasteliny, a gdy niedawno wyjęłam farby i kartki A4, usłyszałam od nich: „Thank You Anna”.
To "Thank You" – "dziękuję", jest tak naprawdę dla Was. Bo dzięki Wam mogę widzieć uśmiechy na twarzach moich dzieci. A kiedy patrzę na dzieci w „naszych ubrankach”, serce mi się raduje. Bluza z królem lwem jest jak uszyta na Chichiego,  Lolo w swojej czerwonej spódniczce w kwiatki chodzi na okrągło, Precious swoją koszulkę z Myszką Mickey zakłada do kościoła, a Charles nie chodzi już w podartych spodniach.
Malowanki robią prawdziwą furorę, jak również guma do skakania, która już nie jest kawałkiem sznurka z worka po nshimie. Teraz mamy taką z prawdziwego zdarzenia.
Puzzle są w stałym użyciu, a gra memo, którą dostaliśmy w ostatniej paczce cieszy się dużym zainteresowaniem.
Wiele jeszcze przykładów mogłabym podać.

Szczególnie chcę podziękować Szkole Podstawowej nr 10 w Lublinie, która zebrała
aż 50 kg, Magdzie i Pauli, które zorganizowały akcję w Gubinie i wszystkim, którzy się w to włączyli, Wspólnocie Trudnych Małżeństw z Lublina, Wspólnocie Emaus z Sopotu,
klasie 3 b ze Szkoły Podstawowej w Deszcznie, Gimnazjum nr 3 w Olsztynie i wielu innym osobom, które indywidualnie lub grupowo zorganizowały paczkę .
Niech najlepszym podziękowaniem będą dla Was uśmiechy naszych dzieci.












niedziela, 2 czerwca 2013

Wy dajcie im jeść


Pustkowie. Pora późna. Właśnie zaczyna się ściemniać. Ściśnięte żołądki przypominają,
że czas na kolację. Uczniowie rozglądają się nerwowo. Patrzą na Jezusa.
-         Panie: odeślij ich. Niech pójdą i kupią sobie coś do jedzenia.
-         „Wy dajcie im jeść” – słyszą odpowiedź.
-         Panie: ale jak to? Tu na pustkowiu? Skąd mamy wziąć tyle jedzenia?
Znajduje się chłopiec, który ma 5 chlebów i 2 ryby, ale co to jest dla takiego mnóstwa?
Jednak dla Boga to nie jest problem. Dokonuje się cud: jedzenia starcza dla wszystkich.

Słucham tej Ewangelii i dociera do mnie, że właśnie po to jestem tu na misji.
Żeby dać im jeść. I wcale nie chodzi o pokarm fizyczny, którego często nie jestem w stanie im dać. Chodzi o coś więcej. Bo o wiele większy jest głód miłości. To właśnie miłością mam ich nakarmić.
Jak? Przecież mam niewiele. Co to jest dla tak wielu? Przynieść to do Jezusa, by On uczynił cud i rozmnożył moją miłość.

A Ty? Co możesz zrobić? Daj im jeść. Komu? Tym, których spotykasz na co dzień.
Może bezdomnemu, którego najchętniej byś nie zauważył.
Może dając swój czas komuś, kto potrzebuje, byś go wysłuchał.
Może dając Ewangelię tym, którzy są daleko od Boga.
Tylko najpierw sam się nasyć. Idź do Jezusa po pokarm eucharystyczny.
Przynieś Mu to swoje niewiele, a On to rozmnoży i będą działy się cuda.
„Wy dajcie im jeść”.

Tanecznym krokiem




Dziś rano budzi mnie pukanie do drzwi. Otwieram: to nasz nowy watchman pyta o księdza, bo ktoś  go poszukuje. Tym samym Jezus puka do mojego serca, przypominając mi, że dziś Boże Ciało. Uroczystość przeniesiona na niedzielę, gdyż Zambia jest krajem chrześcijańskim, ale nie katolickim.
Przez pozostały czas śni mi się polska procesja z pieśnią „Cóż Ci Jezu damy” graną
przez orkiestrę.
Dzwoniący budzik znów przenosi mnie do Zambii. Wstaję, ubieram moją odświętną bluzkę oraz sukienkę i idę do kościoła.

Dziś Stella są w komplecie. Starsze z nich tanecznym krokiem, wprowadzają księdza.
Wraz z nimi tańczą zambijskie kobiety i mężczyźni grający na bębnach.
Kolejny taniec wykonują na Gloria, a potem tuż przed czytaniami, wnosząc uroczyście księgę Pisma Świętego.
Jeszcze się nie domyślam, że dane mi będzie dziś do nich dołączyć. Ale po kolei.
Reszta Mszy przebiega bez zmian. Tyle tylko, że czytania są wzbogacone o komentarze, wyznanie wiary jest śpiewane, jak również  „Ciebie prosimy” z modlitwy wiernych.

Ofiarowanie darów. Ministranci wystawili skarbony, ludzie podchodzą wrzucając „na tacę”. Za chwilę procesja z darami. W tym momencie podchodzi do mnie jedna z kobiet
i chwytając mnie za rękę mówi: „go to dance”. Czuję się jak uczeń wyrwany
do odpowiedzi. Zastanawiam się, czy jestem przygotowana do lekcji. Kobieta prowadzi mnie do jej zespołu tanecznego, gdzie otrzymuję ekspresowe korepetycje z tańca.
Za chwilę, owinięta chitengą, którą mi pożyczyły, tanecznym krokiem wchodzę do kościoła wraz z nimi. Wprowadzamy tych, którzy niosą dary. Ludzie patrzą na mnie i się uśmiechają.
Po skończonym tańcu, widzę szacunek w ich oczach. Nieczęsto tu się zdarza, by biała przetańczyła przez środek kościoła. Oni czują, że wchodzę w ich kulturę. Ja czuję się jedną z nich.

Po Mszy wyrusza procesja do czterech ołtarzy. Ołtarzem jest mały stolik, który niesie jeden z ministrantów i stawia przy każdej ze stacji. Stella sypią kwiaty. Podrzucają w górę różowe płatki, które lecą prosto na Jezusa. Widok jest niesamowity.
Przy jednym z ołtarzy chłopcy wchodzą na drzewa, by Jezusa zobaczyć. Dokładnie jak Zacheusz.
Po procecji wchodzimy do kościoła, tam znów dołączam do zespołu tanecznego, z którym po Mszy jeszcze się ruszam w rytm muzyki. Obok nas tańczą dziewczynki. Wszyscy się cieszą. Ja również.

środa, 29 maja 2013

Sezon na urodziny


Na początku maja, do oratorium przychodzi Beatrice i mówi:
„mam dzisiaj urodziny, daj mi prezent”. 
Za 2 dni Idah oznajmia: „dzisiaj są moje urodziny”.
Precious utrzymuje, że to także jej święto. 
Potem przychodzą kolejne dzieci i już nie wiemy, kto jest jubilatem, a kto chciałby nim być. 
Tak się zaczyna sezon urodzin w naszym oratorium.
Nie jest to dziwne w Zambii, gdzie w domach się nie świętuje.
W domach, w których starsze rodzeństwo, jest mamą i tatą dla młodszego.
W domach, w których brakuje podstawowych rzeczy, więc jak tu myśleć o prezentach.
Sprawa nieco przycicha po akcji rozdawania ubrań na zakończenie wakacji i loterii fantowej
z okazji Święta Maryi Wspomożycielki.

Nadchodzą moje urodziny. Jedyne i niepowtarzalne urodziny w Afryce.
Jak co dzień jadę do Makululu, tym razem zabierając reklamówkę zabawek i ołówki
dla dzieci. Dostaję od nich najpiękniej zaśpiewane „Sto lat” w moim życiu.
Po angielsku, z pomyłkami, ale brzmi to tak słodko, że aż mi się łezka kręci w oku. Przychodzi czas na prezentację zabawek. Największe wrażenie robi maskotka – piesek, który szczeka. Po pierwszym włączeniu, zalega taka cisza, że aż ją można usłyszeć.
Potem dzieci kolejno naśladują szczekanie, a pod koniec zajęć każdy chce włączyć pieska
i posłuchać.

Kończą się lekcje, my jednak do domu się nie wybieramy. Zastanawiam się, co Amalia
z zambijskimi kobietami, przygotowały dla mnie. Nie każą mi długo czekać: misjonarka bierze mnie za rękę i pokazuje kurczaka smażącego się na ogniu.
Chwilę później siedzimy przy stole w gronie pracowników i zajadamy kurczaka z nshimą.
W Zambii, jeśli chcesz kogoś ugościć, stawiasz przed nim właśnie tę potrawę.
To dowód szacunku. Sam nie musisz jeść tego na co dzień, ale dla gości, np. dla Księdza, który przyjeżdża na out station, przygotowujesz ten posiłek.
Czuję się zaszczycona być w tak zacnym gronie.

Po powrocie na placówkę, zastaje mnie awizo. Paczka z Polski, która miała zdążyć
i idealnie zdążyła na moje urodziny. Bóg pokazuje mi tym samym, że i On ma dla mnie prezent: lekcję zaufania.
Po obiedzie piekę ciasto dla wspólnoty na wieczór, a potem wychodzę do oratorium.
Dziś z okazji moich urodzin, robimy dla dzieci zawody sportowe.
Dla dzieci, które już od kilku dni się dopytywały, o której godzinie są moje urodziny,
licząc na imprezę. Zawody to coś, co przynosi im wiele radości. Zwłaszcza, że potem są nagrody: ołówki, gumki do mazania i balony.
Kończymy słówkiem na dobranoc i wspólną modlitwą. A potem cukierki.
Jeszcze tak zorganizowanego rozdawania cukierków nie mieliśmy. Modlitwa ich trochę wyciszyła, więc udaje się każdemu dać cukierka, wraz z błogosławieństwem znakiem krzyża na czole.
Jeszcze urodzinowe zdjęcia z dziećmi, chwila zabawy i robi się ciemno na dworze.
To znak, że czas wracać do domu. Tym samym i ja udaję się na kolację, po której kroję moje urodzinowe ciasto.


czwartek, 23 maja 2013

Prawdziwy misyjny dzień


Budzę się w nocy, a wokół mnie całkowita ciemność. Żadne ze świateł na dworze
się nie pali. No tak: nie ma prądu. Patrzę na mój telefon, który naładował się do 85%.
Przypuszczalnie prąd zniknął jeszcze przed północą. Ciekawe czy do rana wróci?

Godz. 6.30. Za oknami wciąż szarówka. Niewiele światła przeciska się przez moje odsłonięte już szyby. Dzień ociąga się z nadejściem, elektryczności też nadal brak.

Gdy wracam z Makululu, światło jest: ale tylko jedna faza. Tak więc połowa domu żyje
w zasięgu prądu, połowa nie. Internetu też nie widać, nawet po obiedzie, gdy prąd wraca całkowicie.

Reszta dnia bez zmian. Wychodzę do oratorium, gdzie jak zwykle królują malowanki
i puzzle. Czas mija szybko, bo o 16.30 wspólną modlitwą, kończymy zabawę.
Pół godziny później przenosimy się do kościoła, gdzie mamy Mszę Św. wraz z nowenną
do Maryi Wspomożycielki. Wewnątrz kilka żarówek, które ledwie się tlą.

W drodze powrotnej zachodzę do sklepu. Można powiedzieć, że to taki nasz sklepik osiedlowy. Ludzie kłębią się wokół, jak po świeże bułeczki. Za chwilę zamykają.
Gaśnie światło. To raczej nie znak zamknięcia. Coś czuję, że prąd znowu bawi się z nami
w chowanego.

Nie mylę się. Po moim powrocie na placówkę, żadne ze świateł nie chce się zapalić.
Tym sposobem mamy kolację przy świecach. Bez pieczonych tostów, z zimnym kurczakiem i ziemniakami z obiadu, bez ciepłej herbaty.
Różaniec odmawiamy w ciemnościach.

Myślę sobie: prawdziwy misyjny dzień. Z warunkami, jakie wielu ludzi ma na co dzień.
Bez prądu i ciepłej wody. Ta z kolei nie zdążyła się nagrzać.
Myję się w misce i korzystając z okazji, kładę się wcześniej spać.